Bez kategorii Blog Hobby Lifestyle Podróże

West Highland Way

3 DNIOWE WYZWANIE – WEST HIGHLAND WAY – KU PAMIĘCI TOBIEGO

1 – 3 Maj 2026

164 km/34 h

Wstęp

Tobi był naszym ukochanym pieskiem, a nie tylko towarzyszem i przyjacielem. Traktowaliśmy go jak psiego synka i takim pozostał w naszych sercach. Kiedy dowiedzieliśmy się, że cierpi na chłoniaka, świat się zawalił… Jak to możliwe? Dlaczego takie dobre stworzenie musi tak cierpieć? Nie mieściło się to w naszych głowach i do dziś nie mamy zgody na to, że odszedł za tęczowy most. Pozostawił bezwarunkową miłość, chęć czynienia dobra i bycia lepszymi ludźmi dla siebie i innych. Każdy, kto mnie zna, wie, że Tobi był wyjątkowym i jedynym psim synkiem dla mnie.

Tobi był bardzo aktywnym i ciekawskim pieskiem. Pełnym energii i radości. Uczył nas, jak bezwarunkowo kochać i jak cieszyć się z każdego dnia. Potrafił nas pocieszyć w trudnych chwilach, podnieść na duchu, zwyczajnie rozbawić, czy rozśmieszyć. Dobrze wczuwał się w nasze stany emocjonalne i był dobrym, kochanym, wiernym przyjacielem.

Tobi zdobywał z nami szkockie najwyższe szczyty „Munro”, chodził po klifach, górach, parkach i lasach. North Coast 500 to była nasza ulubiona wakacyjna trasa. Wtedy odkryłam, że uwielbia pływać 😊 Nasz mały Shih Tzu. Był z nami zawsze, kiedy ruszaliśmy camperem, a później motorhomem, w podróż po Szkocji. To był pies podróżnik i zdobywca. Kochał przyrodę jak my i najlepiej się czuł na jej łonie.

Tobi znał też pewne odcinki trasy West Highland Way. Przechadzaliśmy się nimi, kiedy mieliśmy w planach zdobyć pobliskie Munro. Gdy odszedł za tęczowy most, narodził się we mnie projekt: Tobi Helps Other Dogs along the way. The West Highland Way in memory of Tobi – raising money for Scottish SPCA to help other dogs. Czyli przejście WHW upamiętniające Tobiego i z jego pomocą zbiórka pieniędzy dla potrzebujących psiaków.  Takie charytatywne wyzwania są bardzo popularne w Szkocji.

Mój kochany Robert, psi tato, który WHW przebył trzy razy (pieszo i na rowerze), powiedział do mnie: „Kochanie, zrobisz to spokojnie w trzy dni. I tak to się zaczęło. Zaplanował trasę i obiecał wsparcie podczas mojego wyzwania. To miało być wyzwanie. Dla Tobiego i dla piesków.

Napisałam do Scottish SPCA i utworzyłam stronę zbiórki, którą w dalszym ciągu można znaleźć pod tym linkiem https://tiny.pl/jfnw13qx9. Robert bardzo aktywnie pomagał mi zebrać pieniążki na pieski i w tym momencie chciałam jemu, jak i tym, którzy dokonali wpłaty na ten szczytny cel, podziękować: Jesteście WSPANIALI.

Co to jest West Highland Way?

Dla tych, którzy nie wiedzą nic o tej drodze.

West Highland Way to pierwszy długodystansowy szlak w Szkocji. 96 mil (154 km). Został otwarty w 1980 roku. Rozpoczyna się w Milngavie (przedmieściach Glasgow) i prowadzi do Fort William, gdzie znajduje się najwyższy szczyt w Szkocji, Ben Nevis (1345 m n.p.m.). Pomysłodawcą trasy był Tom Hunter (1926–2016), żołnierz RAF-u i pasjonat wędrówek, dzikiej, szkockiej przyrody. Idea powstała w latach 40., natomiast jej realizacja zajęła dekady. Wymagała żmudnych negocjacji z właścicielami gruntów i biurokracją. Kluczową rolę odegrała również geografka Fiona Rose, która w latach 70. przeszła ponad 1600 km, aby precyzyjnie wytyczyć trasę. Szlak został oficjalnie otwarty 6 października 1980 roku. Trasa West Highland Way jest tradycyjnie dzielona na 8 etapów, co pozwala na pokonanie jej w optymalnym tempie 7–8 dni. Szlak prowadzi z południa na północ, zaczynając od łagodnych terenów nizinnych i stopniowo przechodząc w coraz bardziej wymagające góry. W Internecie można znaleźć etapy trasy podzielone na 8 dni, jak również krótszą wersję – 5-dniową. Dla chętnych podaję link, gdzie można dokładnie znaleźć szczegóły WHW i zaplanować swoją optymalną wersję.

https://www.walkhighlands.co.uk/west-highland-way.shtml

Robert rozpisał dla mnie trasę na trzy dni, bo to miał być challenge.

Dlaczego 3-dniowy challenge? Teraz będzie bardzo osobisty akapit 😊

WHW w 3 dni – To miał być challenge. Świadomy, ostry, trochę bezkompromisowy.

Nie wybrałam trzech dni na West Highland Way przez przypadek. Chciałam poczuć ból. Sprawdzić, gdzie są moje granice. Zobaczyć, ile jestem w stanie unieść — fizycznie, skoro emocjonalnie wszystko już dawno się rozsypało, bo Tobi umarł i jestem w żałobie. Nie wiedziałam tego przed wyruszeniem w drogę. Dopiero podczas wyzwania, zdałam sobie sprawę, jak moja podświadomość mną pokierowała.

Tobi chorował na raka. Patrzyłam, jak cierpi — dzień po dniu, bez skrótu, bez ulgi, bez możliwości „wyłączenia” tego doświadczenia. I gdzieś we mnie pojawiła się ukryta potrzeba, żeby choć na chwilę być bliżej tego, co czuł. Nie zrozumieć — bo tego się nie da — ale spróbować dotknąć tego przez własne ciało. Przez zmęczenie, przez ból, przez przekraczanie siebie.

Ta droga była też symbolem. Nie tylko dla Tobiego, ale dla wszystkich psów, które cierpią i potrzebują pomocy. Ich ból często dzieje się w ciszy — niezauważony, niedostatecznie ważny. Te trzy dni były moim sposobem, żeby nadać temu znaczenie.

W trakcie marszu było prościej. Ciało bolało, oddech był ciężki, nogi odmawiały współpracy, stopy pokryte pęcherzami parzyły jak ogień — ale głowa milczała. Żałoba gdzieś się cofała, przykryta wysiłkiem. Odzywała się na chwilę w miejscach, gdzie kiedyś szliśmy razem z Tobim. Ogólnie mówiąc, to była ucieczka, nawet jeśli nie do końca świadoma. Zamieniłam jeden ból na drugi, bardziej konkretny, bardziej „do ogarnięcia”.

Kiedy dotarłam do końca, nie dało się już uciec. Ostatnie zdjęcie na finiszu i płacz…rozpacz. Płakałam długo. Tak, jakbym nadrabiała wszystko, co zatrzymałam w sobie przez te trzy dni. Emocje wróciły ze zdwojoną siłą — surowe, prawdziwe, nie do przykrycia żadnym kilometrem. Nie mogłam przestać. (…) Robert rozumiał. Był obok. Wspierał jak zawsze. To dzięki niemu ta żałoba jest do udźwignięcia.

A potem weszłam do oceanu.

Lodowata woda odebrała mi oddech, ale jednocześnie coś uporządkowała. Pływałam, zanurzałam się, jakbym próbowała zmyć z siebie ciężar tych dni (nie tylko tych trzech WHW, ale całości od momentu diagnozy) — albo nadać im sens, którego wcześniej nie umiałam znaleźć.

I wtedy, gdzieś w tej ciszy, po wszystkim — on się pojawił. SENS.

Dla chętnych, którzy chcą sobie postawić takie trzydniowe wyzwanie, opiszę poniżej moją przygodę.

SZCZEGÓŁY 3-DNIOWEJ TRASY The Wetst Highland Way

  • Etap I/ Dzień 1

Milngavie – Beinglas Farm – 64 km

Ja zrobiłam 70,2 km w  16 h (łącznie z odpoczynkiem). Aplikacja AllTrails pokazała mi, że byłam w ruchu 14,12 h. Dlaczego? Bo zeszłam kilka razy z wyznaczonej trasy, by „pozwiedzać” okolice.

  • Etap II/ Dzień 2

Beinglas Farm – Glencoe Ski Resort – 46.5 km

„Ze zwiedzaniem” moja trasa wynosiła 49,9 km, 12.38 h , w ruchu 10.43 h

  • Etap III / Dzień 3

Glencoe Ski Resort – Fort William – 40.5 km

Moja trasa „zwiedzania” wynosiła 43,9 km. 10.28 h, w ruchu 9.14 h

Łącznie moje WHW  to 164 km/102 mile (czyli nadrobiłam na całej trasie 10 km).

Etap I/Dzień 1

Milngavie – Beinglas Farm – 64 km (moje 70 km)

Milngavie o poranku było spowite lekkim mrokiem. O piątej rano sesja zdjęciowa na starcie była trochę szarawa, ale w sercu świeciło światło i oświecało całą drogę. Robert dał mi buziaka na szczęście, a  Tobi towarzyszył mi w każdym kroku wędrówki. Nie byłam sama. Droga była w miarę „po płaskim”. Pierwsze 40 km to był lekki spacer. Trochę padało, ale jak to w Szkocji, pogoda przecież jest ”w kratkę”. Fajnym urozmaiceniem było wejście na Conic Hill (361 m n.p.m.). To wyjątkowe miejsce, gdzie następuje przejście z Lowland do szkockich Highland. Górkę można obejść i szlak WHW właśnie tędy prowadzi, ale nie byłabym sobą, gdybym się nie wdrapała na szczyt, żeby podziwiać cudne widoki. Ludzie mówią, że Conic Hill to jeden z najpiękniejszych widoków w Szkocji na południową część jeziora Loch Lomond oraz na szczyt Ben Lomond. Jeżeli ktoś z Was chciałby wybrać się na to wzgórze, to polecam szlak od strony Balmaha. (Dostępny też dla piesków.) Na szczycie spotkałam jednego cudnego psiaka, którego nie mogłam przestać głaskać i przytulać. Czułam energię Tobika.

W Balmaha, do którego zeszłam, można zjeść fajny obiad na www.theoaktreeinn.co.uk lub napić się kawy w St Mocha Coffee www.theoaktreeinn.co.uk/st-mocha-coffee, gdzie podają lody własnej roboty i szybkie przekąski. Balmaha posiada pomnik Toma Weira, popularnego wspinacza, pisarza i prezentera telewizyjnego, ubranego w jego charakterystyczną wełnianą czapkę (woolly bunnet) i ekwipunek górski. Tom Weir był wielkim popularyzatorem szlaku WHW i szkockiej przyrody.

Co jeszcze warto wiedzieć o tym miasteczku? Lody marki Loch Lomond Ice Cream są produkowane na miejscu w Balmaha przy użyciu mleka i śmietany z lokalnych gospodarstw. Produkcja odbywa się w nowoczesnej kuchni produkcyjnej Lomond Kitchen. Na pewno tam wrócę, by ich spróbować. Podczas odpoczynku w Balmaha wypiłam pyszną kawę i zjadłam przepyszną bułkę, którą zrobił mi Robert. Te bułeczki są niezwykłe, ale pozostawię ich historię dla siebie 😊

Z Balmaha ruszyłam do Rowandennan. To jeden z najpiękniejszych odcinków trasy. Prowadzi wzdłuż wschodniego jeziora Loch Lomond. Mijałam tam śliczne zatoczki i plaże zachęcające do odpoczynku. Szlak prowadzi również przez lasy dębowe (Atlantic Oakwoods), cudne o tej porze roku,  które są częścią rezerwatu przyrody. (Loch Lomond National Nature Reserve). Jest tam ogrom mchów, paproci, porostów i dywanów bluebells (niebieskich dzwonków). Magia lasu i plaże Loch Lomond przenosiły mnie w bajeczną krainę WHW. Ben Lomond (974 m n.p.m.) był coraz bliżej na horyzoncie.

Wreszcie dotarłam do Rawandennan. W tym miasteczku można się zatrzymać na nocleg. I to rekomenduję. Ja jednak miałam inne plany. Szkoda, że ich nie postanowiłam zmienić 😊 bo dodatkowe 20 km do Bainglas Farm kosztowało mnie wiele – kilka okropnych zdymek na lewej nodze , odparzenia stóp i uszkodzenie dużego paznokcia u lewej nogi. Kondycyjnie było ok. Chęci do dalszego marszu mnie nie opuszczały. Zeszłam jeszcze z trasy, by zobaczyć punkt widokowy z trzymetrową rzeźbą z granitu autorstwa Douga Cockera. Artysta zaprojektował ją tak, by jej kształt idealnie „kadrował” widoczny w oddali szczyt Ben Vorlich (985 m). Jest to pomnik wojenny (War Memorial), poświęcony żołnierzom, którzy oddali życie w służbie kraju, szczególnie podczas I i II wojny światowej. Cały obszar wokół góry Ben Lomond został wyznaczony jako narodowy park pamięci w 1995 roku. To miejsce jest jednym z najbardziej fotogenicznych miejsc nad Loch Lomond.

Na moim telefonie nawigacja mówiła, że jestem na ok 50 tym kilometrze i do końca mam 20 km. Pogoda była przepiękna i przegapiłam jakoś informację, że odcinek z Rowardennan do Beinglas Farm (Inverarnan) uchodzi za „najtrudniejsze 22 kilometry” całego West Highland Way. To tutaj kończą się wygodne drogi, a zaczyna prawdziwa próba charakteru. Tempo marszu drastycznie tu spada. Ścieżka wije się wzdłuż brzegu jeziora. Jest pełna wystających korzeni, śliskich skał i ciągłych podejść i zejść. Wymaga maksymalnego skupienia, by nie skręcić kostki. Dla pocieszenia powiem, że jest Górna Droga (High Road): szersza, szutrowa, prowadzi przez las. Jest łatwiejsza i szybsza. Ale ja chciałam przyrody i pięknych widoków i je dostałam 😊

Mając w pamięci słowa Roberta, że WHW jest prawie „po płaskim”, nie mogłam uwierzyć, że idę właściwą ścieżką. To był labirynt wystających korzeni, śliskich głazów, błotnistych dziur; łatwo było się poślizgnąć i skręcić kostkę. Płasko to tu nie było, nawet przez sekundę. 22 km po takim terenie, gdy w nogach mam 50, które przeszłam kilka godzin wcześniej, to kiepski pomysł. Nie polecam, by go powtarzać. Tu trochę przeklinałam. Byłam zła na siebie, że wcześniej nie doczytałam informacji o tym odcinku trasy i zbagatelizowałam to i owo ☹ Ale przecież to był challenge. Tu właśnie miałam poczuć ten ból, pot i łzy. Tu miałam walczyć ze sobą i z żałobą. Tu miał być sens, choć jeszcze go nie widziałam. (Sens 3 dni WHW odkryłam po przebytej drodze, jak pisałam we wstępie, wtedy tego jeszcze nie wiedziałam).

Mijałam ukryte, malutkie, kamieniste plaże, na które z pewnością wrócę. Dziką przyrodę, dżunglę w samym sercu Loch Lomond. Zeszłam w jedno najbardziej urokliwe miejsce i napisałam na piasku imię swojego psa. TOBI – jak mi Ciebie brakuje, jak bardzo bym chciała Ciebie tu teraz mieć przy sobie. Pierwszy raz popłynęły łzy…

Szłam dalej. Pęcherz na lewym małym palcu dawał się we znaki i zaczęłam kuleć. Cała ja. Ale nawet z kulawą nogą się nie poddałam. Piękne widoki, dywany z kwiatów, skały, mchy mówiły: „już niedaleko”😊 Spotkałam też słynne dzikie kozy feralne o długiej, kudłatej sierści i potężnych rogach, które od wieków zamieszkują te brzegi. Idąc tak i podziwiając przyrodę, wreszcie zobaczyłam hotel Inversnaid i spektakularny wodospad Arklet Falls. Wiedziałam, że już nie może być daleko do Farmy, gdzie czekał na mnie Robert, gorący prysznic i pyszna kolacja.

Usiadłam na ławeczce przed hotelem, wyciągnęłam bułkę, wodę, przekąski i zaczęłam wszystko przeżuwać, patrząc na piękny widok. Gdy skończyłam posiłek i chciałam wstać, poczułam ogromny ból w lewej stopie. OK, to czas, by sprawdzić, co tam się dzieje. Nie chcę tego opisywać ze szczegółami, ale nie było dobrze. Apteczka do zadań specjalnych bardzo się przydała. Po chwili ruszyłam w dalszą drogę. Z trudem.

Odcinek z hotelu Inversnaid do Beinglas Farm to finałowa część mojego „najtrudniejszego dnia” na szlaku. Choć jezioro Loch Lomond powoli zostawało za moimi plecami, ścieżka nie dawała za wygraną aż do samego końca. Była „po płaskim”, oczywiście. 11 km męki…góra – dół dalej po wystających kamieniach, skałkach, korzeniach, błotnistych odcinkach. Ból stóp (obie odparzone), odciski, krew i pot mówiły do mnie – spoko, dasz radę. Zaraz odpoczniesz. Masz już za sobą 59 km.

Miałam ochotę zaszyć się w Jaskini Rob Roya, którą mijałam. Jaskinia znajduje się około 1 km na północ od Inversnaid, u stóp stromego klifu. Według legend Rob Roy ukrywał się tutaj przed ludźmi księcia Montrose na początku XVIII wieku, gdy ścigano go za długi i kradzieże bydła. Tradycja głosi, że setki lat wcześniej, w 1306 roku, w tej samej jaskini schronienie znalazł król Robert I Bruce po porażce w bitwie pod Dalry. Jaskinię można również zobaczyć podczas rejsu statkiem wycieczkowym (np. z Cruise Loch Lomond), co pozwala uniknąć trudnej wędrówki po głazach. Nad jaskinią znalazłam miejsce do medytacji, oj była mi ona potrzebna, by przetrwać 😊 i iść dalej.

Później po drodze w lesie widziałam ludzi rozkładających namioty i układających się do snu. Niektórzy odpoczywali, czytając książki i mocząc obolałe stopy w jeziorze. Jak ja im zazdrościłam. Jakiś wędrowiec zapytał mnie o dzisiejszą trasę, ile przeszłam i gdzie o tej porze jeszcze wędruję. Kiedy mu ją opowiedziałam, podsumował mnie jednym zdaniem: „You are mental”. Chyba miał rację. Dwa razy zmieniałam opatrunki na ostatnim odcinku. Robert zaczął się niepokoić i 50 minut przed zakończeniem mojej wędrówki pojawił się na szlaku, by ponieść mój plecak. Byłam mu bardzo wdzięczna. W tym czasie krajobraz znacznie się zmienił. Poza plecami pozostało jezioro Loch Lomond. Przede mną była trawiasta dolina Glen Falloch, otoczona potężnymi szczytami górskimi. To sygnał, że wkraczam w prawdziwe serce Highlands.

Zejście do Farmy Beinglas w miejscowości Inverarnan to był dla mnie sygnał, że będę odpoczywać. Po gorącym prysznicu i opatrzeniu ran na stopach po prostu padłam i … nie mogłam spać całą noc.

W Farmie był gwar. Widać, że to kultowe miejsce, gdzie przy barze The Stagger Inn mieszają się zmęczeni turyści z całego świata. Panuje tu specyficzna atmosfera „ulgi” po pokonaniu najtrudniejszego technicznie odcinka całej trasy. Robert zebrał kilka datków na pieski w potrzebie. Ja próbowałam zebrać myśli. W nocy wyszłam na chwilę z naszego motorhome’a, by podziwiać gwiazdy i odetchnąć szkockim powietrzem. Pomysleć o Tobim i o tym, co będzie o 6 rano, kiedy zadzwoni budzik.

Po powrocie do łóżka usnęłam i gdy się obudziałam – moja pierwsza myśl to było – nie idę dalej, zostaję i robię sobie przerwę. Opuchnięte stopy o to prosiły, ale kawa i pyszne śniadanie zrobiły swoje. Pora na etap II.

ETAP II/ Dzień 2

Beinglas Farm to Glencoe Ski resort – moje 59 km.

Z farmy wyszłam kulejąc, ale droga była szeroka i w miarę płaska. Dolina Glen Falloch wzdłuż kaskady rzeki Falloch miała  wygodną i łagodną ścieżkę, a największą atrakcją tej części Szkocji są wodospady Falls of Falloch (widoczne z lekkiego oddalenia). Pewnie kiedyś tam wrócę, by je obejrzeć z bliska. Trasa trochę wznosiła się  i opadała. W oddali widać było majestatyczne szczyty. W Tyndrum po 20 km tego dnia obowiązkowym miejscem postoju była cafejka Real Food Cafe, gdzie zamówiłam pyszną kawę i najlepszego sconsa, jakiego jadłam w Szkocji. Malinowy z białą czekoladą! Podobno to miejsce słynie z najlepszego fish and chips i własnych wypieków.

Z Tyndrum udałam się dalej, spotkałam Highland Cows, mijałam farmy, podążałam wiejskimi ścieżkami. Kolejny postój zrobiłam w Bridge of Orchy. Wiadomo, że na kawę 😊 Szlak okrąża majestatyczny stożek góry Beinn Dorain (1076 metrów n.p.m.). Ścieżka biegnie dawną drogą wojskową, jest równa i oferuje niesamowite, otwarte przestrzenie.

W hotelu czekał na mnie Robert, by mi towarzyszyć przez kilkanaście minut i wypić ze mną kawę. To była fajna chwila na szlaku, bo dodała mi otuchy i cieszyłam się, że mogłam wtulić się w mojego ukochanego. Oczywiście, to było miejsce, gdzie opatrzyłam swoje bolące stopy, by móc iść dalej.

Z Bridge of Orchy do Inveroran trasa była znowu szeroka. Po drodze wdrapałam się na małe wzniesienie Mam Carraigh. Podejście nie jest bardzo strome, ze szczytu roztacza się panorama na jezioro Loch Tulla oraz góry otaczające Black Mount. Za plecami miałam Ben Dorian (1076 m npm). A w głowie wspomnienia związane z Tobim, bo wiele razy tu bywaliśmy… biwakowaliśmy, zdobywaliśmy munrosy. Łza za łzą kręciła się w moich oczach. Zdałam sobie sprawę, że drugi etap WHW to najsentymentalniejsza podróż i mam z tymi miejscami bardzo dużo wspólnych wspomnień: Tobi, Robert i ja.

Gdy doszłam do Inveroran, nie chciałam się zatrzymywać. Pozostało 16 km do Glencoe Ski Ressort. To etap przez legendarne Rannoch Moorogromne, niezamieszkane torfowisko, które uchodzi za jedno z ostatnich prawdziwie dzikich miejsc w Szkocji. Robert był już na miejscu i użył drona, by zrobić piękne zdjęcia z lotu ptaka. Szukałam się na nich – bezskutecznie 😊

Krajobraz był bardzo surowy, a w oddali widać było ciemne chmury. Kamienna droga zbudowana w XVIII wieku, otoczona setkami małych jeziorek i wzniosłych szczytów, wiła się lekko i szło się nią przyjemnie. Gdy zbliżałam się do Glencoe, z oddali widziałam Buachaille Etive Mòr – najbardziej znaną i najczęściej fotografowaną górę w Szkocji w kształcie piramidy. Ostatni odcinek trasy to było kolejne wspomnienie spaceru z Tobim. Czułam jego obecność tu i teraz.

Wchodząc na parking, zobaczyłam czarno-białego pieska biegnącego do mnie. Przywitał mnie ochoczo i położył się na plecach, zachęcając, by go drapać po brzuchu. Byłam szczęśliwa, bo wiedziałam, że to znowu znak od Tobika. Po krótkiej chwili odprowadziłam go do właścicieli. Byli zdziwieni, że tak bardzo się oddalił… tak to był Tobi 😊

Gorący prysznic i zmiana opatrunków ulżyły w moim cierpieniu wędrowca 😊 Ciepła herbata i wtulenie się w Roberta pomogły mi usnąć. W nocy obudził mnie mocny deszcz. Dudnił aż do rana. Zapowiada się fajny dzień. Ej ta szkocka pogoda.

Etap III/ Dzień 3

Glencoe – Fort William, moje 43 km

Wybiła 6 nad ranem. Nieustający deszcz bardzo mnie zniechęcał do dalszej wędrówki. Bolące stopy również. Chrypka i ból gardła zaczęły mi też przeszkadzać (towarzyszyły mi od pierwszego dnia). Myśl – „nie idę” – wkradła się ponownie w moją głowę. Nie na długo, gdyż zapach kawy dodawał mi energii. A jak ją już wypiłam – to się po prostu zebrałam w sobie. Dziś na trasie Devil Stairs. Tego byłam ciekawa. Co za diabeł na mnie czeka? Ludzie mówili, że to diabelskie schody i kolejny trudny odcinek na trasie. Następnie na mapie było Kinlochleven – moje ulubione miasteczko, które odwiedziliśmy kilka razy z Tobikiem i w końcu upragniona meta.

Z Glencoe Ski Resort do słynnego Kinghouse Hotelu było 2 km. Obok hotelu widziałam sporo namiotów i budzących się ze snu wędrowców. Kilka osób było już na szlaku. Gdy doszłam do Devil Steps postanowiłam zjeść śniadanie. Banan i batonik białkowy 😊 to było to. Bezkarne, słodkie śniadanie. Przecież zaraz je spalę — pomyślałam. Na tych diabelskich schodach 😊 śmiałam się do siebie. Nareszcie są Devil Stairs – czyli? Nazwę tej drodze nadali żołnierze budujący ją w XVIII wieku. Przenoszenie materiałów budowlanych pod tak strome wzniesienie było dla nich prawdziwym piekłem. Później nazwę utrwalili robotnicy budujący elektrownię w Kinlochleven, którzy zimą często wracali tą drogą po wypłacie przetrwonionej w pobliskim pubie. Mimo groźnej nazwy, schody to w rzeczywistości dobrze przygotowana, zygzakowata ścieżka. Podejście jest męczące, ale technicznie bezpieczne. Szczyt (550 m n.p.m.): To najwyższy punkt na całym West Highland Way. Widok z góry zapiera dech – za plecami mną widać surową dolinę Glencoe, a przede mną pasmo Mamores i majaczący w oddali szczyt Ben Nevis (1345 metrów n.p.m. ), najwyższy szczyt Szkocji. Po diabelskich schodach prawie wbiegłam. Nie chciałam się zatrzymywać. Skoro to jedyne wyzwanie na dzisiejszej trasie, to chcę je pokonać jak najszybciej. Na górze pamiątkowa fotka i chwilę, by podziwiać przepiękne widoki. Zejście było lekkie i piękne do momentu szutrowej drogi prowadzącej wzdłuż rur pompujących wodę do elektrowni wodnej w miasteczku.

Kinlochleven to miasteczko o przemysłowej historii, znane kiedyś z produkcji aluminium (stąd przydomek „Electric Village” – była to pierwsza wieś w Wielkiej Brytanii z elektrycznym oświetleniem ulicznym). Wieś leży w niezwykle dramatycznym miejscu, niemal wciśnięta między dwa potężne pasma górskie na końcu fiordu Loch Leven. Bardzo mi się podoba to miasteczko (wieś), dlatego napiszę więcej o nim. Z Kinlochleven widać The Mamores (od północy): To potężny łańcuch górski, który oddziela Kinlochleven od doliny Glen Nevis. Znajduje się tam aż 10 szczytów typu Munro (powyżej 914 m), w tym charakterystyczny, piramidalny Binnein Mòr (1130 metrów n.p.m. ), Góry Glencoe (od południa): Patrząc w stronę, z której przyszłam szlakiem WHW, widać północne zbocza masywu Aonach Eagach (Grań łączy dwa szczyty typu Munro: Meall Dearg – 953 m n.p.m. Sgùrr nam Fiannaidh – 967 m n.p.m ) – uznawanego za najbardziej eksponowaną i najtrudniejszą grań w całej Wielkiej Brytanii. W  wiosce jest fajny wodospad Grey Mare’s Tail (Ogon Siwej Klaczy). Wodospad znajduje się zaledwie 10 minut spacerem od centrum. Woda wodospadu spada z wysokości ponad 50 metrów w głęboką, zalesioną szczelinę. Główną atrakcją tego miejsca jest via ferrata. Tak! W Szkocji jest żelazna perć 😊 Chętni mogą pokonać pionowe ściany tuż obok spadającej wody, korzystając ze stalowych lin i drabinek przymocowanych do skał. To jedna z najbardziej ekscytujących przygód outdoorowych na całym szlaku. Przez blisko dwie dekady Kinlochleven szczyciło się posiadaniem największej na świecie wewnętrznej ściany do wspinaczki lodowej. W sercu starej huty aluminium stworzono gigantyczną chłodnię wypełnioną 500 tonami prawdziwego śniegu i lodu. Wspinacze z całego świata przyjeżdżali tu, by trenować z czekanami w temperaturze -6°C, niezależnie od kapryśnej szkockiej pogody na zewnątrz. Niestety, po groźnym pożarze w 2022 roku, to kultowe miejsce zostało zamknięte na stałe. Dziś budynek jest jedynie pomnikiem dawnej świetności, przypominającym o tym, jak Kinlochleven potrafiło przekształcić swoją przemysłową przeszłość w nowoczesną przygodę. Wielka szkoda, że nie miałam okazji popróbować swoich sił w tym miejscu. Ok, wracam teraz do mojej przygody WHW.

W Kinlochleven czekał na mnie Robert i byłam bardzo wdzięczna, że mogłam zjeść pyszny lunch, który zostawiłam w lodówce. Moją ulubioną bułeczkę.😊 Jak mogłam jej zapomnieć? Tu po raz kolejny moje wsparcie się sprawdziło 😊 A na deser miałam loda pistacjowego (mój ulubiony smak). Tak posilona ruszyłam na ostatni etap wyprawy. Pożegnałam miejsce pełne dobrych wspomnień. Na każdym kroku widziałam Tobika spacerującego po pięknych uliczkach i parku. On mi teraz towarzyszył, pnąc się w górę do Fort William.

Finałowy etap z Kinlochleven do Fort William to godne zwieńczenie całej wyprawy. Liczy około 24 km i choć nogi czują już każdy przebyty kilometr, krajobrazy nie pozwalają o tym myśleć. Po krótkiej wspinaczce szłam doliną Lairigmòr – to długi odcinek przez „Wielką Przełęcz”. Piękna dolina otoczona potężnymi szczytami masywu Mamores, czysta przestrzeń, cisza i bezkresne góry. Mijali mnie biegacze, rowerzyści. Na trasie przechodziłam obok ruin Dun Deardail, to pozostałości fortu z epoki żelaza. Droga ciągnęła się bardzo długo… Małam wrażenie, że to najdłuższy odcinek na trasie. Towarzyszył mi zimny wiatr i surowe góry. Jak długo jeszcze?” — myślałam. Nagle za zakrętem krajobraz się zmienił i rozpoczął się marsz przez lasy w dół ku dolinie Glen Nevis z widokiem na majestatyczny Ben Nevis (1345 m n.p.m.), który był w chmurach i gdzieś tam jeszcze widać było połacie śniegu na szczycie.

Nie zauważyłam nawet, że padał deszcz… myślałam tylko, że coś się kończy, coś zaczyna. Meta już była na horyzoncie. Kiedy wkroczyłam do Fort William, idąc przez rynek ku Pomnikowi „The Man with sore feet” (oficjalne miejsce zakończenia WHW), czułam pustkę, przeogromną pustkę. „The Man with Sore Feet” (Człowiek z obolałymi stopami) to słynna rzeźba z brązu przedstawiająca zmęczonego wędrowca siedzącego na ławce i masującego obolałą stopę. Ma on reprezentować trudy, odciski i zmęczenie, ale też ogromną satysfakcję z dotarcia do celu. Twórca szlaku, pomysłodawca szlaku – Tom Hunter – ma swoją własną rzeźbę, ale znajduje się ona na samym początku trasy w Milngavie. Przedstawia ona wędrowca wchodzącego na szlak (często nazywaną po prostu „The Start”). Ten mężczyzna w Fort William to po prostu „każdy z nas”, kto przebył tę trasę. Usiadłam obok niego. I zrobiło mi się bardzo smutno. Mój kochany Robert wręczył mi certyfikat ukończenia WHW. Zrobił ostatnie zdjęcie. Przytulił i pogratulował.

Poszliśmy do motorhome’u i zaczęłam płakać. Tak bardzo mi brakuje Tobiego. To była droga dla niego. In memory of my beloved dog Tobi.

Robert mnie przytulił: „Kochanie, zrobiłaś to. Tobi jest z Ciebie dumny, jak i ja, wiesz, że on jest  zawsze z nami i w naszych sercach.

(…)

Zakończenie

3-dniowe wyzwanie WHW było też zbiórką na SPCA dla piesków w potrzebie, niby już zakończoną, pomyślałam. Tobi uzbierał 665 funtów. Cel, jaki został postawiony, to 500 funtów. Ale może być więcej, jeśli tylko Ty również chciałbyś pomóc.

Poczułam, że nie chcę tego kończyć, że moja droga trwa i kiedyś spotkam Tobiego za Tęczowym Mostem. Więc niech i to zbiórka trwa. Jeżeli chcesz ją wesprzeć? Możesz to zrobić pod tym linkiem https://scottishspca.enthuse.com/pf/tobi Pieniądze bezpośrednio trafiają na konto organizacji. A jak masz swój pomysł na charytatywny spacer, zbiórkę, daj mi znać. Podziel się ze mną swoją historią, pomysłem. Będę wdzięczna.

Chcesz ruszyć na West Highland Way?

Uwierz, że Ty też możesz tego dokonać. Warto – dla tych widoków, dla tej ciszy i dla samego siebie. Może chcesz przejść tę drogę w 3 dni 😊, może zajmie Ci to 5, 8 lub więcej — nie to jest ważne. Jedno jest pewne: wrócisz stamtąd inny. Odmieniony, pełen szacunku do potęgi przyrody, matki ziemi i możliwości własnego ciała. Nieważne, czy dźwigasz cały ekwipunek na plecach i śpisz pod namiotem, czy wybierasz nocleg na farmie, na campingu lub w hotelu. Nieważne, czy maszerujesz dla szczytnego celu w ramach charity walk, czy to po prostu to Twój czas na przemyślenia. Najważniejsze, byś odważył się spełniać swoje marzenia i na każdym kilometrze tej drogi – i w życiu – pozostawał życzliwym, dobrym człowiekiem. Tego Ci życzę.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *